To wydarzyło się 2 lub 3 miesiące temu..
Starałam się wychodzić z Dyziem codziennie na pole, żeby pobiegać, pobawić się, poćwiczyć sztuczki i skupienie. Czasem oddalał się daleko, ale przybiegał po chwili.. ZAWSZE wracał.
Chodził z nosem przy ziemi, a ja szłam sobie powoli wzdłuż wałów i podziwiałam konie i krowy..
Nagle zobaczyłam, że Dyziu znalazł coś ciekawego w trawie i nie chciał przyjść, kiedy go wołałam. Postanowiłam do niego podejść i go za sobą pociągnąć. Zauważyłam, że jest blisko pastuchów- polnych drutów pod napięciem.. Trochę się przestraszyłam, ale Dyziu już kiedyś w nie wpadł. Zerwał kilka i nic się nie stało. Jednak tym razem było inaczej. Gdy go zawołałam on podniósł łeb, ale miał otwartą mordkę.. Dotknął językiem pastucha.. : O
Odskoczył z piskiem.. Uciekł na drugą stronę wałów. Zbiegłam za nim.. Uklęknęłam.. Był przerażony. W jego oczach było widać lęk.. zakłopotanie. Gdy chciałam podejść, on się oddalał.. Odskakiwał. Unikał mnie, tak jakby myślał, że to JA mu coś zrobiłam..
Stwierdziłam, że jak zacznę iść dalej, to on pójdzie za mną.. Myliłam się. :(
Dyzio zaczął biec w drugą stronę... w stronę drogi. : OOO
Znam zasadę "Pies ucieka-biegnij w przeciwną stronę" Ale on się nawet nie obracał! NIC! Nie reagował na wołanie!
Biegłam z płaczem! Przecież tam są samochody! Biegnąc za nim, przez głowę przeleciało mi milion myśli.. Co zrobię?! Co jeśli...?! Nie miałam przy sobie smakołyków, telefonu! NIC! Przed samą ulicą, zatrzymała go jakaś Pani z mniejszym psiakiem. On psiaki uwielbia! Zawsze chce się z nimi bawić. Dobiegłam do nich.. Pani dała mi cukierka, żebym go chociaż czymś zachęciła.. Uklęknęłam i zaczęłam się bardzo powoli do niego zbliżać. A on jak "z byka strzelił"! Przebiegł na drugą stronę ulicy i biegł przed siebie... Ja z płaczem, zadyszana.. brakowało mi już powietrza w płucach.. Nikt mi nie chciał pomóc! Stało pełno ludzi.. Wszyscy stali i się śmiali! A ja już nie miałam siły!
Dobiegł do kwiaciarni mojej cioci, gdzie zawsze zachodzimy po spacerze.. Czekał, aż ktoś mu otworzy.. Stwierdziłam, że zajdę go z drugiej strony. Delikatnie się zakradałam.. Zauważył mnie.. Tylko ukucnęłam, wyciągnęłam rękę i modliłam się, żeby podszedł sam.. Wciąż trzymałam w dłoni cukierka..
Wtedy wydarzył się CUD! Tak, jakby czytał w moich myślach..
Zaczął się zbliżać.. Delikatnie, powoli. PODSZEDŁ! A najwspanialsze było to, że położył łeb na moim ramieniu.. Jakby mnie przytulał. Wtedy siedziałam z nim tak przez 10 minut. Tuląc go i płacząc.. Zapięłam go na smycz. Ledwie się trzymałam na nogach.. Byłam strasznie roztrzęsiona. Wtedy zauważyła mnie jakaś Pani.. Pocieszała mnie i trochę uspokoiła, opowiadając swoją historię z psiakiem. Wracałam do domu.. Ciągle myślałam, co by było, gdyby coś mu się stało.. gdyby gdzieś uciekł..
Miesiąc po tym wydarzeniu, chciałam go spuścić na innym polu.. Ale on zaczął znowu uciekać.. Wtedy byłam z mamą i siostrą. Tylko krzyknęłam "BIEGNIJCIE ZA MNĄ!!!" i zaczęłam biec w głąb pola.. Nie wiedział co się dzieje.. Wszystkie kucnęłyśmy.. Z przerażeniem podbiegł do mnie.. Od tamtej pory boję się go spuścić. Boję się, że następnym razem po prostu nie wróci..
Co zrobilibyście w takiej sytuacji? Gdyby Wasz pupil uciekał przed Wami? Jak byście z nim ćwiczyli?
Dodaję zdjęcia z sesji z września. ;) Na pierwszych fotkach jestem ja z Dyziem, na dwóch kolejnych jest moja siostra. :)
Bardzo serdecznie pozdrawiamy i cieszymy się, że grono obserwujących i komentujących się powiększa. ;))
Malwina z Dionizym. ;PP