środa, 28 marca 2012

Pomóżcie...

Ostatnio miałam bardzo mało czasu, dlatego nie było żadnej notki.. Ale jest jeszcze jeden powód, a mianowicie...
Nie mam pojęcia o czym pisać.. Mam potrzebę napisania czegoś sensownego, ale co chwilę się wycofuję..
Dlatego poproszę Was o pomoc.
O czym chcielibyście poczytać? Może chcecie znać moje zdanie na jakiś sensowny temat?

Poza moim problemem to wszystko okej.. :) Szalejemy z Dyziakiem podczas wiosennych spacerków i cieszymy się piękną pogodą..


Pozdrawiam wszystkich i czekam na propozycje! ;)

Dyzio & Malwina

wtorek, 13 marca 2012

Wierny Przyjaciel ♥ Atos ♥

Do tej notki natchnął mnie Dropsik (piesio Dropsikowej).. Przypomina mi on mojego pierwszego.. najwierniejszego przyjaciela. 

Atos [*] 
Zacznijmy od tego, że ja zawsze chciałam kota, a moja siostra psa. A wszystko dlatego, że nie rozumiałam psów. A koty wydawały mi się "łatwiejsze". Wszystko jednak zmienił pies, który pewnego ranka pojawił się w naszym domu.. Mama z ojcem, przywieźli z giełdy małą czarno-brązową kulkę, która wyglądała na słodkiego pulpecika do miziania. ^ ^
Kiedy to małe, słodkie stworzenie przyjechało do domku, oczywiście, piski, wrzaski bo mamy małego pieska! <3 Miałam wtedy 7 lat..
Trzeba wymyślić dla niego imię.. Burza mózgów.. Sid, Brutus, Pulpet, Maleństwo.. A może po prostu ATOS?!
A niech będzie Atos.

Okazał się nie tylko przytulanką, ale i wspaniałym kompanem do zabaw i odkrywania świata..
Otworzył mi oczy i pokazał, jak wspaniałym stworzeniem jest pies. Wzajemnie się uczyliśmy, wspieraliśmy się.
Stwierdziłam, że czegoś go nauczę.. Nauczyłam go "siad", "leżeć", "łapa", "hop", "nie rusz", "gdzie jest pańcia?!"
Z Atosem to była sama przyjemność.
Kiedy poszłam z nim na spacer nie bałam się odpiąć smyczy, nawet gdy byłam bardzo blisko ulicy.. Zawsze przychodził na zawołanie. Nawet czasami wychodziliśmy kompletnie bez smyczy.. Wiedział gdzie iść, znał wszystkie tereny.. Czasem nawet sam wybierał się na wycieczkę. Wtedy wszyscy domownicy biegali po całym podwórku, po najbliżesz okolicy, a Atosik, jak gdyby nigdy nic, wracał sobie spacerkiem do domu, zaczepiając wszystkich po kolei z miną "Pogłaskaj mnie".
Był strasznie milusiński i całuśny do wszystkich ludzi.
Gdy ktoś przechodził obok płotu, Atos stawał na tylnych łapkach i merdał swoim kikutkiem.. Nie miał już ogonka gdy do nas trafił.
Zawsze chciała, aby Atos miał towarzysza do zabaw. Jednak Mama nie chciała się zgodzić.
Mijały lata, a nasze więzi się powiększały. Wspólne wypady na pole.. zabawy.. szaleństwa..
Kiedy w wakacje pojechałam na obóz, Atos był pod opieką babci. Tęsknił wtedy.. Szukał..
Niestety po powrocie wszystko zaczęło się psuć. Atosik był strasznie osowiały, chwiał się.. jego stan pogarszał się z dnia na dzień. Wymiotował, robił czarną koope.
Gdy jadłam obiad usłyszałam straszny huk. Atos w tym czasie był na dworze.
Szybko pobiegłam na dwór, skąd dobiegał hałas. Pod schodami zobaczyłam moje maleństwo, które leżało i nie reagowało na nic. W łzach, zaniosłam go do chłodnego pomieszczenia. Nie chciał nawet pić. O jedzeniu nie było mowy. Byłam przy nim, ale wiedziałam, że to się dobrze nie skończy. Mama szybko zadzwoniła do weterynarza.. Atos dostał mnóstwo leków. zastrzyków. To go "wyrwało z rąk śmierci".
Następnego dnia pojechaliśmy od razu do weterynarza. Tam podawali Atosikowi kroplówki. Gdy już mieliśmy wychodzić, wyczułam u miśka bardzo twardy brzuch.. Powiedziałam to doktorowi. Trzeba było zrobić zdjęcie. Gdy zobaczyliśmy co tam było, wstrzymaliśmy oddech.. W brzuchu guz, wielkości piłeczki do tenisa.
Mieliśmy dwa wyjścia.. Albo robimy operację teraz, ale Atos najprowdopodobniej by jej nie przeżył, bo był za słaby, albo czekamy do sierpnia, aż stan Atosa się poprawi.
Wybraliśmy drugą opcję. Chcieliśmy jak najwięcej czasu z nim spędzić. Trudne były te chwile.. Gdy usłyszałam wiadomość, że mój najwierniejszy Przyjaciel nie ma szans, nie mogłam się opanować.. Płakałam, serce mi kołatało jak głupie. Nie mogłam przyjąć tej wiadomości..
Postanowiłam walczyć razem z nim! Trwać do ostatniej chwili!
Codziennie znosiłam go na podwórko, żeby się załatwił, i leżałam z nim chwilę na zielonej trawie. Jeden dni były lepsze, drugie gorsze.. jednak walczyliśmy.. Starałam się dać mu podwójne szczęście. Chciałam, by chociaż przez chwilę mógł się poczuć, jak kiedyś. Szalony, zabawny Atosik.. Towarzysz całej rodziny.. Przyjaciel całego świata..
Kolejny dzień, zaczął się tak jak poprzednie. Wstałam rano, wyniosłam Atosa.. Załatwił się.
Zaniosłam go na trawkę w cień.. Usiadłam, a on położył łeb, na mooich kolanach i wpatrywał we mnie, swoje piękne migdałowe oczy. Nagle zaczął dziwnie oddychać. Dusił się. Nie wiedziałam co robić! Czułam się bezradnie. Szybko zadzwoniłam po siostrę, żeby i ona mogła się pożegnać z naszym Przyjacielem. To było straszne.. Nie mogłam mu pomóc! NIC NIE MOGŁAM ZROBIĆ!  ;(((
 ...

...

Odszedł....

...

Odszedł wśród Rodziny.. Do końca był z tymi, których kochał, których codziennie obdarowywał merdaniem ogona.. Niezliczoną ilością szczęścia.
Pochowany został tam, gdzie się wychował. W ogródku, pod drzewkiem czereśni.

Strasznie przeżyłam jego odejście. Wiem, że drugiego takiego psa nie będzie.. On był jak Anioł..
Żałuję tylko, że poświęciłam mu tak mało czasu..

Kochany Atosik, odszedł w wieku 7 lat.. Był mieszańcem cocker spaniela.. Najwspanialszy Przyjaciel..
Kocham Cię... Do zobaczenia... [*] Zawsze pozostaniesz w mojej pamięci, taki piękny i taki wspaniały....

















"Friends are angels who lift us to our feet when our wings have trouble remembering how to fly."

czwartek, 1 marca 2012

Pastuchowy uciekinier

Zbliżamy się ku teraźniejszości, jednakże jeszcze do tego czasu przytrafiło nam się trochę przygód. ;D
To wydarzyło się 2 lub 3 miesiące temu..
Starałam się wychodzić z Dyziem codziennie na pole, żeby pobiegać, pobawić się, poćwiczyć sztuczki i skupienie. Czasem oddalał się daleko, ale przybiegał po chwili.. ZAWSZE wracał.
Chodził z nosem przy ziemi, a ja szłam sobie powoli wzdłuż wałów i podziwiałam konie i krowy..
Nagle zobaczyłam, że Dyziu znalazł coś ciekawego w trawie i nie chciał przyjść, kiedy go wołałam. Postanowiłam do niego podejść i go za sobą pociągnąć. Zauważyłam, że jest blisko pastuchów- polnych drutów pod napięciem.. Trochę się przestraszyłam, ale Dyziu już kiedyś w nie wpadł. Zerwał kilka i nic się nie stało. Jednak tym razem było inaczej. Gdy go zawołałam on podniósł łeb, ale miał otwartą mordkę.. Dotknął językiem pastucha.. : O
Odskoczył z piskiem.. Uciekł na drugą stronę wałów. Zbiegłam za nim.. Uklęknęłam.. Był przerażony. W jego oczach było widać lęk.. zakłopotanie. Gdy chciałam podejść, on się oddalał.. Odskakiwał. Unikał mnie, tak jakby myślał, że to JA mu coś zrobiłam..
Stwierdziłam, że jak zacznę iść dalej, to on pójdzie za mną.. Myliłam się. :(
Dyzio zaczął biec w drugą stronę... w stronę drogi. : OOO
Znam zasadę "Pies ucieka-biegnij w przeciwną stronę" Ale on się nawet nie obracał! NIC! Nie reagował na wołanie!
Biegłam z płaczem! Przecież tam są samochody! Biegnąc za nim, przez głowę przeleciało mi milion myśli.. Co zrobię?! Co jeśli...?! Nie miałam przy sobie smakołyków, telefonu! NIC! Przed samą ulicą, zatrzymała go jakaś Pani z mniejszym psiakiem. On psiaki uwielbia! Zawsze chce się z nimi bawić. Dobiegłam do nich.. Pani dała mi cukierka, żebym go chociaż czymś zachęciła.. Uklęknęłam i zaczęłam się bardzo powoli do niego zbliżać. A on jak "z byka strzelił"! Przebiegł na drugą stronę ulicy i biegł przed siebie... Ja z płaczem, zadyszana.. brakowało mi już powietrza w płucach.. Nikt mi nie chciał pomóc! Stało pełno ludzi.. Wszyscy stali i się śmiali! A ja już nie miałam siły!
Dobiegł do kwiaciarni mojej cioci, gdzie zawsze zachodzimy po spacerze.. Czekał, aż ktoś mu otworzy.. Stwierdziłam, że zajdę go z drugiej strony. Delikatnie się zakradałam.. Zauważył mnie.. Tylko ukucnęłam, wyciągnęłam rękę i modliłam się, żeby podszedł sam.. Wciąż trzymałam w dłoni cukierka..
Wtedy wydarzył się CUD! Tak, jakby czytał w moich myślach..
Zaczął się zbliżać.. Delikatnie, powoli. PODSZEDŁ! A najwspanialsze było to, że położył łeb na moim ramieniu.. Jakby mnie przytulał. Wtedy siedziałam z nim tak przez 10 minut. Tuląc go i płacząc.. Zapięłam go na smycz. Ledwie się trzymałam na nogach.. Byłam strasznie roztrzęsiona. Wtedy zauważyła mnie jakaś Pani.. Pocieszała mnie i trochę uspokoiła, opowiadając swoją historię z psiakiem. Wracałam do domu.. Ciągle myślałam, co by było, gdyby coś mu się stało.. gdyby gdzieś uciekł..
Miesiąc po tym wydarzeniu, chciałam go spuścić na innym polu.. Ale on zaczął znowu uciekać.. Wtedy byłam z mamą i siostrą. Tylko krzyknęłam "BIEGNIJCIE ZA MNĄ!!!" i zaczęłam biec w głąb pola.. Nie wiedział co się dzieje.. Wszystkie kucnęłyśmy.. Z przerażeniem podbiegł do mnie.. Od tamtej pory boję się go spuścić. Boję się, że następnym razem po prostu nie wróci..
Co zrobilibyście w takiej sytuacji? Gdyby Wasz pupil uciekał przed Wami? Jak byście z nim ćwiczyli?

Dodaję zdjęcia z sesji z września. ;) Na pierwszych fotkach jestem ja z Dyziem, na dwóch kolejnych jest moja siostra. :)











Bardzo serdecznie pozdrawiamy i cieszymy się, że grono obserwujących i komentujących się powiększa. ;))
Malwina z Dionizym. ;PP

sobota, 18 lutego 2012

Nieszczęsny balkon

15 kwietnia..
chyba najgorszy dzień w życiu moim i Dyzia.
Była godzina 19.. Wielkie sprzątanie przed świętami.
Była ładna pogoda, świeciło słońce. Dyziu leżał na balkonie jak co wieczór, żeby poobserowować co się dzieje wokół domu..
Odkurzałam korytarz, kiedy usłyszałam bieganie.. chaos.. Wyłączyłam odkurzacz i usłyszałam  wycie.. wycie psa. Czym prędzej biegłam na balkon. Przez głowę przeleciała mi tylko jedna myśl.. "Spadł z balkonu. Co teraz będzie?! /oby to nie było to! BŁAGAM!"
Jak weszłam do pokoju siostry, mama kładła psa na podłogę.
-"Co mu się stało?!"- zapytałam
-"Nie wiem! Ma chyba złamaną łapę."
Była 19, więc żaden weterynarz już nieczynny. Co robić.?! Wzięłyśmy jakiegoś patyka, bandaż i usztywniłyśmy mu łapę. Dzwonimy po wszystkich weterynarzach, oczywiście żaden nic nie może zrobić. Jeden się nie zajmuje takimi złamaniami, drugi nie jest w stanie przyjechać. No to wsiadłyśmy w samochód i jedziemy do weterynarza w Gorzowie, czynnego 24h. Jechałyśmy 30-40km/h, żeby go tak bardzo nie bolało. Wszystkie dziury ominięte. To była chyba najdłuższa droga. Dojechałyśmy. Pani doktor trochę nieodpowiedzialna, bo zaczęła Dyzia wyciągać z samochodu sama. Nawet nie dała mu żadnych środków przeciwbólowych. On tak strasznie cierpiał. Siedziałyśmy 2 godziny na poczekalni. Dwie godziny w nerwach..
Z gabinetu było słychać tylko pisk Dyziulka. Zrobili mu zdjęcie. Obie kości w przedniej, prawej łapie złamane z przemieszczeniem i odłamkami. Musiałyśmy go zostawić na noc w klinice, żeby go nie męczyć i nie wozić w te i we wte. Założyli mu stabilizator, żeby nie zrobił sobie większej krzywdy przez noc.
Następnego dnia rano byłyśmy znów u weterynarza. Podobno bardzo płakał w nocy. :(
Chciałam go wtedy zobaczyć, przytulić, ale Pani powiedziała, że Dyź za bardzo się ekscytuje jak ktoś wchodzi do niego i może zrobić sobie większą krzywdę i że znów będzie płakał myśląc, że go zostawiamy.
Chirurg powiedział, że konieczna jest operacja. W obie kości musiał mieć włożone implanty (druty).
Po operacji: zero biegania, skakania, spacerów. Dłuuuga rekonwalescencja.
Tego samego dnia o godzinie 15 odbył się zabieg.
Gdy po niego pojechaliśmy, przywitał nas czule merdając ogonem. Przytulał się.. Całą drogę powrotną przespał Gdy przyjechaliśmy, wyglądał tak :

Następnego dnia było kąpanie bo Dyziulek wrócił cały zakołtuniony i osikany:




Najgorsze było to, że trzeba było Dyzia znosić na podwórko, żeby się załatwił i pilnować, żeby przypadkiem nie zaczął biegać.
Dyziu stał się ogromnym pupilem w klinice i nawet jeśli zostawał tam na noc to mógł chodzić sobie po wszystkich pomieszczeniach i witać klientów. :)
Miał również prawo do wyboru koloru opatrunku. :P



Nie było tak łatwo, bo Dyziakowi pod gipsem robiły się odleżyny. Zdarzało się tak, że gdy wracałam ze szkoły, na podłodze lażała część opatrunku, a Dyzio leżał z odsłoniętą odleżyną i ja lizał. W takiej sytuacji musieliśmy jechać czym prędzej do weterynarza.
Minęły 3 miesiące.. Dyziowi dopiero wtedy można było zdjąć gips. Dopiero po trzech miesiącach kość była zrośnięta doskonale.
Łapa wyglądała okropnie. Odleżyny na wierzchu.. Jedna- największa, była zasłonięta. O nią musieliśmy dbać osobiście.


Potem już tylko rehabilitacja.. Najlepsza w wodzie, prawda? ;>








Myślę, że to by było na tyle! :)
W razie gdyby mi się coś przypomniało, dopiszę.

Pozdrawiam, Malwina z Dyziakiem! <3

sobota, 4 lutego 2012

Kolejne nieszczęście... Oko w oko z potworem!

Nie pamiętam kiedy to było.. Była ładna, słoneczna pogoda.. Ja miałam szkolenie z tańca, a moja siostra została w domu z Dyziem.
W pewnym momencie dostaję telefon "Malwina, chodź szybko do domu! Nie pytaj co się stało po prostu chodź!"
Zwolniłam się z treningu i czym prędzej pobiegłam do domu. Miałam przeczucie, że to ma związek z Dyziem.
Weszłam, wręcz wbiegłam do domu.. Weszłam do mojego pokoju.. Na łóżku zobaczyłam, przestraszonego, poturbowanego psa.. Rzuciłam groźny wzrok na Adę
-Co się stało?!
- Nic.. Boli go łapa...
Dotknęłam go.. zaczął przeraźliwie wyć. Już z łzami w oczach powiedziałam
- Ada, powiedz mi, co się stało?!
Odpowiedź mnie zszokowała.. Poczucie winy mojej siostry mnie jeszcze bardziej poruszyło
- Co mam Ci powiedzieć?! Że wpadł pod tira?!
Ale jak to? Co się stało....
Gdy ja poszłam na trening, przyjechał mój wujek. Moja siostra wypuściła w tym czasie psa na podwórko..
Gdy wujek wychodził, zostawił otwartą furtkę.. Pies wybiegł za wujkiem i biegł wzdłuż drogi. Ada wyleciała za psem. Dyzio nie był z nami na tyle długo, żeby przybiegać do nas na zawołanie, więc jedynym rozwiązaniem był bieg za nim. Ale jak dogonić charta, który myślał, że to zabawa w berka? Gonisz- uciekam... Bieg w drugą stronę nie działał.. kucanie, nawoływanie na smakołyk.. nie ma mowy.. Przebiegli jakieś 200 metrów.. do ronda. Dyzio chciał przebiec na druga stronę ulicy...
Pisk... wycie... Pisk opon, hamującego... TIRA..
Moja siostra stała.. Nie wiedziała co robić..
JEST! ŻYJE! Wybiegł spod kół ogromnej ciężarówki o własnych siłach.. Przestraszonegpo Dyzia, złapała moja siostra. Facet wyszedł z tira oszołomiony.. Przepraszał i pytał czy w czymś pomóc. Na tyle dobrze. Większość by przejechała i uciekła..
Pies był tak przestraszony i obolały, że pogryzł mojej siostrze rękę do krwi.. Podziwiam ją za to. Jak zobaczyłam te rany, to się zastanawiałam, czy ja bym to wytrzymała..
Ale do rzeczy..
Gdy moja mama wróciła z pracy, pojechałyśmy do weterynarza..
Pani doktor obmacała Dyzia i stwierdziła, że jest tylko poobijany i nic mu nie będzie..
Jednak wolałyśmy się upewnić, więc pojechałyśmy do oddalonego o 20 km weterynarza.. Po dokładnym obejrzeniu, osłuchaniu, stwierdził obite płuca i niewielkie zadrapania. Dyziak dostał leki przeciwbólowe.
Na tym się nie skończyło..
Potem czekała nas ciężka praca, bo Dyzio panicznie bał się dróg, samochodów i huku..
Ale jest jeden problem.. Mieszkamy przy głównej ulicy. Ze spacerów wracałam z płaczem, bo gdy tylko przejechał samochód, pies zaczął czym prędzej ciągnąć do domu.. Ciągnął tak, że ja prawie że ryłam brodą po asfalcie. Wejście do samochodu nie było lepsze..
Przejście przez ulicę graniczyło z cudem. Powoli traciłam nadzieję, że cokolwiek się uda.
Jednak pracowałam.. Wspierali mnie przyjaciele i rodzina.
Teraz jazda samochodem to przyjemność.. Jednak mimo upływu czasu, przejście przez ulicę czasem jest trudne i musimy się najpierw uspokoić i dopiero przechodzimy..

Nie poddawajcie się i nie zostawiajcie psów samych na podwórku.. Dla nich to nuuda.. A spacer może sprawić nam mnóstwo przyjemności.

Pozdrawiam.. Malwina z Dionizym. ;PP

niedziela, 29 stycznia 2012

Problemowy Dyzio

Dyzio.. pies z pozoru taki jak inne.. kochany, złośliwy. Jednakże, coś z nim nie tak. Jest INNY.
O tym chciałam napisać w moim drugim poście.
Dyzio trafił do nas jako 9 miesięczny szczeniak, trochę wyrośnięty, ale nadzwyczaj normalny. Jesteśmy jego drugim domem. Dlaczego pierwsza właścicielka nie chciała tego kochanego kudłacza? Czyżby rozrabiał? Przecież każdy normalny szczeniak psoci, gryzie, siusia w domu. Jednak trzeba było trochę czasu, żeby wszystko zrozumieć. Dyzio jest psem strasznie pechowym! Myślałam, że może to kwestia czasu i gdy wejdzie w wiek dojrzewania wszystko minie. Ale nieee. Mój pies ma odmienne zdanie na ten temat.. 
Codziennie pojawia się pytanie "Co dzisiaj się stanie?" "Co on wywinie?"
Będę tu opisywać nasze przygody.. i te dobre i te złe. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę. ;p

Dlaczego niby jest taki pechowy? Ano np, dlatego:

Przyjechał do mnie kochany szczeniaczek, który uwielbiał się przytulać i załatwiać w domu.. Ale o tym innym razem.
Gdy przyjechało do mnie to cudne stworzenie, trzeba było iść do kontroli do weterynarza, prawda?
Dobrze.. idziemy.. Nie obyło się bez osiołkowania i próby uciekania z obroży.. "Jest zestresowany, nowe miejsce..  przyzwyczai się"
W gabinecie okazało się, że Dyziu ma grudkowe zapalenie trzeciej powieki.. Dostał kropelki.. Z tym pies może żyć, więc nie zmartwiliśmy się tym..
Wet ogląda dalej.. Różaniec krzywiczy.. BOMBA! Po prostu... -,-  Na szczęście udało nam się go z tego wyciągnąć dokarmiając go dodatkowo gotowanym jedzonkiem.
Poza oczywistym odrobaczeniem i szczepionkami, znalazły się i pchełki.. Zakropiliśmy go na miejscu Frontline COMBO.. No i to na tyle kontroli.. Zapłaciliśmy i wyszliśmy..
Pewnie teraz sobie myślicie "I to są te przygody? Ale ciekaaawe *ziewa*"
Nieee.. to był dopiero początek.
Nie przeszliśmy nawet 100 metrów, a Dyzio przewrócił się.. zwymiotował.. Dostał oczopląsu i ślinotoku. Nie było z nim kontaktu.. Moja mama wzięła psa na ręce i zaniosła z powrotem do weterynarza. Wstępna diagnoza.. Wstrząs.. Ale dlaczego? Reakcja alergiczna na jeden ze składników Frontlinu combo... Przez głupie kilka kropelek leku, które miały pomóc, siedziałam z psem dodatkowe trzy godziny w gabinecie pod kroplówką... Po kilku godzinach było już okej.. Więc zawieźliśmy go do domku. :)
Już wtedy mój pies był uznany za dosyć nietypowy przypadek....
To chyba wystarczy na pierwszy poważny post. Wybaczcie, jeżeli coś napisałam niezrozumiale, ale myślę, że z czasem się wprawię i będę pisać coraz lepiej. ;))

Uważajcie na swoich pupili i upewnijcie się, że nie mają uczulenia na jeden ze składników leku. ;D

Pozdrawiamy! :)

piątek, 13 stycznia 2012

Witamy wszystkich! ;)

Witam wszystkich bardzo serdecznie.!
Nazywam się Malwina i mam charta afgańskiego o imieniu Dyzio.
Założyłam tego bloga... hmm. w sumie nawet nie wiem po co, ale może dlatego, że mój pies jest INNY i chciałam wyrzucić tutaj wszystkie swoje problemy z kudłatym?
Może Bloga powinnam nazwać "Co zrobić gdy mój pies...?" albo "Jak zapobiegać?"
O co chodzi? Tego dowiecie się w późniejszym czasie.

Pozdrawiamy :))